Najpopularniejsze obecnie ekonomiczne pismo świata – brytyjski magazyn „The Economist” – w początkach swojego istnienia protestowało przeciwko ustawowemu ograniczaniu liczby godzin pracy dzieci do dwunastu godzin dziennie. Tygodnik oburzał się na darmową edukację dla ubogich, nawet jeżeli finansowali ją filantropi.

Redaktorom pisma nie podobał się bojkot produktów wytwarzanych przez niewolników, a nawet kupowanie przez brytyjski rząd jedzenia umierającym z głodu Irlandczykom. Opisuje to Alexander Zevin w książce „Liberalism at Large: The World According to the Economist” („Liberalizm na wolności: świat według tygodnika «The Economist»”). Żadne inne pismo ekonomiczne nie odniosło tak wielkiego sukcesu w dobie internetu. W czasach, kiedy inne magazyny tracą czytelników, reklamodawców, zwalniają pracowników i zamykają biura, „The Economist” rozwija działalność. W 2019 r. przeciętny nakład drukowany wyniósł 909 tys. egz. Dodawszy nabywców elektronicznej wersji magazynu, okaże się, że egzemplarz gazety nabyło 1,6 mln osób, prawie szesnaście razy więcej niż w 1970 r.

Jak opisuje Alexander Zevin, do 1943 r. pismo miało tylko 10 tys. prenumeratorów, choć były wśród nich takie osoby, jak Karol Marks, Benito Mussolini czy prezydent USA Franklin D. Roosevelt. Redaktorzy i wydawcy z „Time”, „Atlantic”, „Newsweek”, Businessweek” doszli do wniosku, że powinni naśladować brytyjski tygodnik. Podobne sugestie padały także w „Der Spiegel” i „LʼExpress”. Na czym polega sekret sukcesu pisma o nudnym tytule („The Economist” to po polsku „Ekonomista”)?

Według analizy „New York Times” gazecie udało się stać symbolem wysokiego statusu społecznego dla osób mających aspiracje dołączyć do tych lepiej sytuowanych. Jak to osiągnięto? Także sprytnym marketingiem. „Nigdy nie czytam «The Economist» – praktykant zarządzania, lat 42”. To jedna z reklam pisma z 1988 r. „Tu na szczycie jest samotnie. Ale przynajmniej jest co czytać” – brzmiało hasło innej.

Symbol statusu nie musi, a nawet nie powinien być tani. Kiedy w 2014 r. po raz pierwszy od 15 lat spadła sprzedaż czasopisma, wydawca podniósł cenę elektronicznej wersji o 20 proc. – do 180 dol. W ten sposób „The Economist” stał się najdroższym tygodnikiem w USA. W efekcie w 2017 r. zysk operacyjny pisma wyniósł 54 mln funtów, 60 proc. więcej niż dekadę wcześniej, pomimo „rzezi” na rynku reklamowym.

„The Economist” to także wyjątkowe pismo z innych powodów. Struktura własnościowa wydawcy została zaprojektowana w ten sposób, by redaktor naczelny mógł prowadzić pismo tak, jakby był jego właścicielem. To on, a nie wydawca, decyduje o wysokości pensji, zatrudnieniu i polityce pisma. Kiedy w 2016 r. koncern Pearson sprzedał połowę Economist Group za 469 mln funtów pozostałym akcjonariuszom, okazało się, że najwięksi z nich mają, zgodnie z wcześniej ustalonymi regułami, ograniczone prawo głosu.

Właściciele pisma mają więc bardzo ograniczony wpływ na redaktora naczelnego i jego politykę. W ciągu 177 lat istnienia pisma (założono je w 1843 r.) było ich tylko 17. Wszyscy redaktorzy naczelni, z wyjątkiem obecnego, byli mężczyznami i to prawie wyłącznie absolwentami Oxford i Cambridge. Cechą charakterystyczną pisma jest to, że artykuły w nim zasadniczo nie są podpisane (czasami robi się wyjątki dla gościnnych tekstów, na przykład autorstwa prezydenta USA Baraka Obamy z 2016 r.). Oczywiście chodzi o to, by promować markę pisma, a nie poszczególnych dziennikarzy.

Najciekawsze jest jednak to, że najpopularniejsze pismo ekonomiczne świata nawet nie próbuje udawać, że jest bezstronne. Od momentu powstania miało wyraźne liberalne poglądy na gospodarkę. Założył je w 1843 r. szkocki producent kapeluszy James Wilson. Początkowo celem magazynu było otwarcie Wielkiej Brytanii na wolny handel. I bardzo szybko to się udało – tzw. prawa kukurydziane, czyli cła m.in. na żywność, zostały zniesione w 1846 r. Pismo zaczęło przynosić zyski już po dwóch latach od założenia, a jego właściciel w 1847 r. został wybrany do parlamentu.

Kariera polityczna nie przeszkodziła Wilsonowi w biznesie. Dzięki pieniądzom zarobionym na wydawaniu „The Economist” został jednym ze współzałożycieli Standard Chartered Bank, który istnieje do dzisiaj i ma 660 mld dol. aktywów. Najciekawsze w historii obecnie najpopularniejszego na świecie magazynu ekonomicznego jest jednak to, że często propagował on rozwiązania, które z dzisiejszego punktu widzenia byłyby co najmniej zdumiewające.

I tak na przykład w XIX w. „The Economist” pouczał abolicjonistów, że ich kampania przeciwko niewolnictwu może mieć negatywne konsekwencje. Postulowany przez nich bojkot wytwarzanych przez niewolników produktów miałby szkodzić brytyjskim klientom. A to dlatego, że nie mieliby oni dostępu do tanich tkanin w większości produkowanych ze zbieranej przez zniewolonych Afroamerykanów bawełny (stanowiły one wówczas połowę eksportu do Wielkiej Brytanii).

Analogicznie Brytyjczycy straciliby dostęp do złota, srebra i miedzi z Brazylii, ryżu i tytoniu z USA, Meksyku i Gwatemali oraz cukru i kawy z Kuby. Oczywiście to nie oznacza, że redaktorzy „The Economist” byli zwolennikami niewolnictwa, ale uważali, że problem ten zostanie rozwiązany przez „niewidzialną rękę rynku”. W ich opinii wolny handel wystarczy, by właściciele niewolników zorientowali się, że pracownicy najemni są de facto tańsi od tych zmuszanych do pracy batem.

Brytyjski magazyn pisał także, że prawo z 1844 r. ograniczające długość pracy kobiet i nastolatków do dwunastu godzin dziennie jest „nielogiczne”, „wprowadzające zamieszanie” i „szkodliwe”. Oczywiście podobnie negatywnie odnosił się do wprowadzenia ustawowego dziesięciogodzinnego dnia pracy dla dorosłych mężczyzn. Argumenty? Jakiekolwiek restrykcje, jeżeli chodzi o liczbę przepracowanych godzin, ograniczą podaż siły roboczej, podniosą płace i w efekcie koszty produkcji i sprawią, że brytyjskie produkty będą niekonkurencyjne na międzynarodowych rynkach. Ostateczną konsekwencją będzie całkowite zniszczenie brytyjskiego przemysłu i miejsc pracy przez niego oferowanych. Co ciekawe, Karol Marks, który był wiernym czytelnikiem „The Economist”, bezlitośnie wyśmiewał się z apokaliptycznych prognoz co do skutków regulacji państwowych w przemyśle prezentowanych przez redaktorów magazynu.

Brytyjscy dziennikarze byli także przeciwko interwencji rządu zmierzającej do połączenia firm dostarczających wodę do Londynu, aby łatwiej było sfinansować budowę nowych systemów usuwania ścieków z większych miast. „Wodę spożywamy tak samo jak chleb. Skoro rząd chce kontrolować podaż tej pierwszej, to dlaczego także nie tego drugiego?” ‑ pisali autorzy w periodyku. Dziennikarze odrzucali także argumenty o przeciwdziałaniu epidemii cholery, twierdzili, że jest tylko „chwilową grozą”. Nie podobał się im ruch zmierzający do poprawy sytuacji sanitarnej w dużych skupiskach ludzkich. To była ich zdaniem „płytka filozofia”. Uważali, że przyczyną wybuchów epidemii była bieda, na którą najlepszym lekarstwem jest wolny handel oraz nieprzeszkadzanie ludziom przez rząd w dbaniu o samych siebie.

Biorąc pod uwagę powyższe, nie dziwi, że ostoja brytyjskiego liberalizmu sprzeciwiała się, by jakiekolwiek władze zajmowały się usuwaniem ścieków z miast. „Zgodziliśmy się, że władze nie powinny się zajmować karmieniem ludzi. Dlaczego więc miałyby sprzątać ich brudy?” – pytał magazyn. „The Economist” nie tylko sprzeciwiał się publicznej edukacji, ale nawet jakiejkolwiek edukacji, za którą nie musieli płacić rodzice, w tym finansowanym przez filantropów szkołom dla biednych dzieci. Dlaczego? Otóż dlatego, że w opinii redaktorów sprawiłoby to, iż zachęceni darmową edukacją ubodzy rodzice mieliby motywacje, by płodzić więcej potomków.

I tu znów redaktorzy pisma posługiwali się swoim ulubionym porównaniem, argumentując, że skoro ludzie sami dbają o swoje wyżywienie, to również sami powinni dbać o swoje wykształcenie. Wreszcie „The Economist” protestował przeciwko dawaniu przez brytyjski rząd pieniędzy na zakup żywności w czasie wielkiego głodu w Irlandii w latach 1845-1849 – w tym okresie z braku jedzenia zmarło pól miliona Irlandczyków, a milion wyemigrowało. „Dobroczynność to brytyjski błąd” – tak brzmiał tytuł artykułu, w którym żurnaliści przestrzegali, że większy popyt doprowadzi do podniesienia cen żywności.

Trzeba jednak przyznać dziennikarzom „The Economist”, że byli konsekwentni w zwalczaniu jakiejkolwiek interwencji państwa w gospodarkę. Sprzeciwiali się bowiem prawu patentowemu, prawom autorskim, finansowaniu przez rząd badań naukowych, a nawet protestowali przeciwko podstawowej regulacji systemu bankowego i prywatnych spółek.

Każdy, kto interesuje się ekonomią i w miarę swobodnie posługuje się językiem angielskim, musiał mieć w rękach tygodnik „The Economist” i zdaje sobie sprawę z jego opiniotwórczości. Tym ciekawsze są cytowane w „Liberalism at Large” poglądy redaktorów magazynu z XIX w. i XX w. Choć im bliżej naszych czasów, tym radykalizm sztandarowej „tuby” liberalizmu słabnie. Warto się jednak z tymi poglądami zapoznać, chociażby po to, by zobaczyć, że nawet niekwestionowane w swoich czasach autorytety mogą się mylić.

 

Aleksander Piński

 

 



TPL_BACKTOTOP