W Polsce pod wieloma względami żyje się lepiej niż w USA. Mamy lepsze szkoły, komunikację publiczną, skuteczniejszą opiekę zdrowotną, radykalnie niższą przestępczość i odsetek bezdomnych. Najbardziej jednak zaskakuje, że więcej Polaków niż Amerykanów ma oszczędności.

Z prostego porównania PKB w przeliczeniu na obywatela wynikałoby, że Polskę i USA dzieli przepaść pod względem poziomu życia. Oto bowiem (najnowsze dane Międzynarodowego Funduszu Walutowego z 2021 r.) PKB w przeliczeniu na obywatela to w USA 68 309 dolarów, w Polsce 16 930 dolarów. Tak więc nominalnie przeciętny Polak wytwarza zaledwie 24,8 proc. dóbr i usług, które wytwarza statystyczny Amerykanin.

Patrząc na statystykę uwzględniającą lokalną wartość nabywczą pieniędzy (chodzi o to, że za dolara w Polsce kupimy znacznie więcej niż za oceanem), PKB na obywatela w naszym kraju rośnie aż do 35 957 dolarów, co już jest porównywalne z PKB wielu stanów USA (Missisipi – 40 464 dolary, Wirginia Zachodnia – 43 806 dolarów i Arkansas – 44 808 dolarów). W tym momencie okazuje się też, że produkujemy 52,6 proc. tego, co Amerykanie. Ciągle mniej, ale różnica istotnie stopniała.

Mimo wszystko na przeciętnego Amerykanina przypada co roku blisko 100 proc. więcej pieniędzy niż na statystycznego Polaka. Gdyby pieniądze wydawano proporcjonalnie w taki sam sposób w Polsce i w USA, to w każdej dziedzinie za oceanem powinno być lepiej niż nad Wisłą. A jednak doświadczenia osób, które odwiedziły oba kraje, są zupełnie inne.

Oto na przykład niejaki Cash (pseudonim polskiego podróżnika, który wrzuca na  YouTube vlogi z podróży po całym świecie) opublikował 11 lipca 2021 r. na swoim kanale filmik zatytułowany „USA – jest DRAMAT! Smród, bezdomni, ćpuny, bieda – nie tak zapamiętałem Los Angeles”. Chodzi w nim z kamerą po Los Angeles w Kalifornii i komentuje to, co widzi. A widoki mogą być dla wielu osób zaskakujące. „Całe Hollywood Boulevard jest zawalone bezdomnymi. Śmierdzi g… i szcz…” – opowiada bez ogródek.

Tu trzeba uzupełnić, że Hollywood Boulevard to słynna ulica w Los Angeles, na której jest Hollywoodzka Aleja Sławy, czyli chodnik z gwiazdami. To także przy tej ulicy znajduje się teatr Dolby Theatre, gdzie odbywają się ceremonie wręczenia Oscarów. Tutaj gwiazdy wychodzą po czerwonym dywanie z limuzyn w blasku fleszy. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że ma to co najwyższej wartość anegdotyczną. Ale popatrzmy na statystyki.

W Polsce na 10 tys. mieszkańców jest 8 bezdomnych, w USA 17. Ale w Kalifornii ten wskaźnik sięga 40,9 (dane z 2020 r.). Warto także nadmienić, że Kalifornia jest jednym z najbogatszych stanów USA, z PKB w przeliczeniu na obywatela przekraczającym 80 tys. dolarów. Stany Zjednoczone, będąc mniej więcej o 100 proc. bogatszym krajem od Polski, mają o 100 proc. wyższy odsetek bezdomnych, a w jednym z najbogatszych stanów – Kalifornii – odsetek ten jest o 400 proc. wyższy niż w naszym kraju.

Należy jeszcze dodać, że statystyki bezdomnych w USA nie obejmują mieszkających w przyczepach kempingowych, a takich osób jest tam ok. 20 mln (to ok. 6,4 proc. wszystkich domów). I wiele wskazuje na to, że w większości wypadków to nie jest wybór, ale konieczność życiowa, ponieważ mediana (wartość, powyżej i poniżej której jest połowa próby) dochodów osób mieszkających w przyczepach kempingowych to tylko trochę ponad połowę mediany dochodu dla całego społeczeństwa.

Tak więc słynna wypowiedź Jerzego Urbana, rzecznika komunistycznego polskiego rządu, z 13 maja 1986 r., w której oświadczył, że w rewanżu za przesłanie w ramach pomocy dla naszego kraju przez USA mleka w proszku władze PRL wyślą 5 tys. koców i śpiworów dla bezdomnych mieszkańców Nowego Jorku, była bez wątpienia złośliwością, ale trafiającą w sedno ważnego problemu za oceanem.

Bezdomność to jednak niejedyny problem, z którym USA radzą sobie gorzej niż Polska. Dobrym miernikiem poziomu zaawansowania cywilizacyjnego kraju jest wskaźnik śmiertelności dzieci. Pokazuje on, jak skutecznie państwo jest w stanie korzystać z najnowszych zdobyczy medycyny, ale także jak odżywiają się matki, w jakich warunkach żyją, jak są wykształcone itd. Mówi też sporo o umiejętnościach organizacyjnych społeczeństwa.

I tak w USA na każde 1000 żywych urodzeń wskaźnik śmiertelności przed piątym rokiem życia wynosi średnio 6,5. W Polsce ten wskaźnik jest na poziomie 4,4 (dane z 2019 r. według Banku Światowego), choć wydajemy na ochronę zdrowia mniej więcej jedną piątą tego, co USA (w Polsce na obywatela przypada 2230 dolarów, w USA 11 072 dolary, uwzględniając siłę nabywczą pieniądza – dane OECD z 2019 r.). Te cyferki nie oddają jednak dramatu wynikającego z tej różnicy. W praktyce bowiem oznaczają, że gdyby 24,6 mln amerykańskich dzieci poniżej piątego roku życia żyło w Polsce, piątych urodzin doczekałoby o 51,7 tys. więcej z nich.

Co ciekawe, jeszcze w 2000 r. Ameryka wyprzedzała nas pod tym względem. Wówczas omawiany wskaźnik wynosił w USA 8,4, a w Polsce 9,3. W ciągu niespełna dwóch dekad obniżyliśmy jednak śmiertelność dzieci do piątego roku życia o 53 proc., podczas gdy Amerykanie tylko o 23 proc.

Gdy już mały Polak pójdzie do szkoły, także uzyska z niej znacznie więcej niż młody Amerykanin. Oto w tzw. testach PISA, badających skuteczność nauczania w różnych krajach, uzyskaliśmy w 2018 r. (najnowsze dane, jakie są dostępne) 513 punktów średniego wyniku z matematyki, nauk przyrodniczych i czytania (11. miejsce na świecie). Wynik USA to 495 punktów (25. pozycja). Oczywiście, tak jak w przypadku ochrony zdrowia, osiągamy lepsze rezultaty, wydając ułamek tego, co Amerykanie.

Zresztą to, że polska edukacja powszechna znacznie przewyższa amerykańską, zauważyli sami Amerykanie i próbują wyjaśnić sekret naszego sukcesu w książkach takich jak „The Smartest Kids in the World: And How They Got That Way” Amandy Ripley (wydana także w Polsce przez PWN pod tytułem „Najbystrzejsze dzieciaki na świecie”). A umiejętności nabywane przez nasze dzieci w szkole przekładają się na praktyczną wiedzę, którą potrafią wykorzystać w pracy, i to tej wymagającej największego wysiłku umysłowego.

Firma technologiczna HackerRank znana jest z przygotowywania różnego rodzaju zagadek dla programistów z całego świata. Później oceniane są nie tylko osiągnięte wyniki, lecz także szybkość, z jaką wykonali oni zadania. W konkurencji wzięło udział 1,5 mln osób z całego świata. Polscy informatycy zajęli w niej 3. miejsce z wynikiem 98 punktów, programiści z USA znaleźli się na 28. miejscu z punktacją 78.

Ważną częścią składową komfortu życia w kraju jest poczucie bezpieczeństwa. I tu znowu jesteśmy znacznie lepsi od USA, chociażby pod względem wskaźnika morderstw na 100 tys. mieszkańców: Polska – 0,67, a USA – 5,35 (dla porównania, w Afganistanie wynosi on 6,35). Wielu Amerykanów nie może uwierzyć, że na przykład w Warszawie ludzie nie boją się chodzić po zmroku piechotą po mieście. Bo w niejednym dużym mieście za oceanem jest to nie do pomyślenia.

Ponadto czytając blogi Amerykanów, którzy mieszkają w Polsce, można zauważyć, że niemal wszyscy po przyjeździe do naszego kraju zaczynają mieć wrażenie, jakby ich kubki smakowe zaczęły znowu działać. Przykładowo na kanale YouTube niejaki Trev, Amerykanin obecnie mieszkający ze swoją polską dziewczyną w naszym kraju, na pierwszym miejscu listy rzeczy, które w Polsce są lepsze niż w USA, umieszcza polski chleb i masło. Bloger twierdzi, że czegoś takiego jak polski chleb nigdy nie uświadczył za oceanem. Bo standardowe amerykańskie pieczywo przypomina to, co u nas sprzedaje się jako chleb tostowy, a podobne jest do białej waty i niemal tak samo smakuje.

Trev jest także pod wrażeniem, jak czysta, niedroga i łatwo dostępna jest polska komunikacja publiczna. Uważa, że w Polsce spokojnie można obejść się bez samochodu, co w USA jest bardzo trudne. Według niego niektóre stacje metra w Nowym Jorku w porównaniu z warszawskim metrem wyglądają jak „śmietnik”.

Gdyby ktoś próbował wziąć w obronę Amerykę, to zapewne mógłby podnosić, że mieszkańcy USA są bogatsi od Polaków. Ale popatrzmy na odsetek obywateli, który deklaruje posiadanie oszczędności. W grudniu 2019 r. portal gobankingrates.com podał, że 45 proc. Amerykanów nie ma żadnych zaskórniaków. Jak to wygląda w Polsce? Otóż paradoksalnie lepiej.  Tylko 24 proc. z nas nie ma żadnych odłożonych pieniędzy (dane z ankiety przeprowadzonej na zlecenie Krajowego Rejestru Długów i opublikowanej w styczniu 2021 r.). A to prawie o połowę mniej niż w Stanach Zjednoczonych.

Warto także przypomnieć, że w USA nie ma powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego: w 2020 r. 30,4 mln osób nie miało takiej ochrony wcale. Dzieci nie są, tak jak w Polsce, automatycznie ubezpieczone, tylko leży to w gestii rodziców. Jeżeli tego nie sfinansują, ochrony nie będzie. A ci, którzy takie ubezpieczenie mają, i tak muszą dopłacać w razie na przykład wizyty u lekarza.

Jak opisuje we wpisie „Dziękuj Bogu, że masz NFZ, czyli ubezpieczenie zdrowotne w USA” na blogu amerykaija.pl Lidia Krawczuk, Polka, która od 2009 r. mieszka w USA, to, ile dopłacają, zależy od wariantu ubezpieczenia. Zwykle jest to 30–40 dolarów, czyli ok. 140 zł. Ale w przypadku bardziej skomplikowanych usług jest to procent ceny tej usługi, bardzo często ok. 50 proc. Z tym że ceny usług medycznych w USA mogą przyprawić o zawrót głowy. Blogerka podaje, że przykładowo prześwietlenie nogi będzie kosztować mniej więcej 1200 dolarów, czyli ok. 4700 zł, z czego ubezpieczona osoba będzie musiała wyłożyć z własnej kieszeni 600 dolarów, czyli 2350 zł.

Autorka opisuje, jak poskarżyła się ostatnio amerykańskiemu lekarzowi pierwszego kontaktu, że słabiej widzi. Ten poradził, żeby poszła do sklepu, wzięła okulary ze stojaka i sprawdziła, w których będzie jej się dobrze czytać. Lekarz nie wysłał pacjentki do okulisty, który profesjonalnie zbadałby wzrok, aby nie narażać jej na wysokie koszty takiej usługi.

W USA Kodeks pracy jest szczątkowy, a w zasadzie go nie ma. Pracodawca nie jest na przykład zobowiązany dawać pracownikowi urlop wypoczynkowy (i 23 proc. z nich tego nie robi), a nawet płatny urlop macierzyński w przypadku kobiet po porodzie (istnieje jedynie możliwość wzięcia do 12 tygodni bezpłatnego wolnego przez jednego z rodziców).

W praktyce oznacza to, że 77 proc. prywatnych firm, które w USA zapewniają swoim pracownikom płatne wolne dni, daje ich średnio 10 oraz płaci im za wolne w czasie ośmiu świąt publicznych w roku. W sumie jest to 18 płatnych dni wolnych w roku (w Polsce w przypadku etatowych pracowników to od 33 do 39, w zależności od stażu pracy). Formalności przy zwolnieniu z pracy często ograniczają się do powiedzenia przez pracodawcę „you’re fired” (czyli „jesteś zwolniony”), co może być problemem, ponieważ jak pamiętamy, 45 proc. mieszkańców USA nie ma żadnych oszczędności.

Z pewnością USA prowadzą z nami, jeśli chodzi o liczbę bardzo bogatych ludzi. Osób z majątkiem netto (czyli po odjęciu długów) przekraczającym 30 mln dolarów (co najmniej 116 mln zł) jest tam 180 060. W Polsce jest ich 878, czyli o ponad 99,5 proc. mniej (dane z analizy „The Wealth Report” firmy Knight Frank z 2021 r.). Stany wygrywają także pod względem tego, jak mało zabierają obywatelom w postaci podatków. Choć różnica nie jest tak duża, jak można by wnioskować, patrząc na skutki działalności państwa. W USA fiskus przejmuje 27,1 proc. PKB, w Polsce 33,9 proc. PKB.

Dla wielu osób, które pamiętają lata 80., może być zaskoczeniem, że pod tak wieloma względami w Polsce żyje się lepiej niż w USA – bądź co bądź najpotężniejszym kraju świata. Wspomniałem lata 80. dlatego, że wówczas Ameryka dla wielu była niedoścignionym ideałem zarówno stylu, jak i poziomu życia (co dość dobrze oddaje chociażby piosenka zespołu Lombard z 1989 r. „Mister of America”). Ideałem, który zdecydowanie nie wytrzymał próby czasu. Bo jak wynika z przytoczonych danych i przykładów, Ameryka nie dba o swoich obywateli tak, jakby mogła, biorąc pod uwagę bogactwo, którym dysponuje.

Co z tego wynika? Po pierwsze, warto zdawać sobie sprawę z własnych osiągnięć, bo przez ostatnie 30 lat dokonaliśmy jako społeczeństwo gigantycznego postępu. I wiele problemów udało nam się rozwiązać zdecydowanie lepiej niż Amerykanom, mimo że mamy znacznie mniej od nich pieniędzy.

Zatem nie pozwalajmy się pouczać ludziom, którzy w wielu dziedzinach radzą sobie gorzej od nas, choć – zwykle przez własną ignorancję – nie zdają sobie z tego sprawy. Z ankiety, której wyniki publikowano w lipcu 2021 r., wynika, że 69 proc. obywateli USA uważa Amerykę za „najlepszy kraj do życia na świecie”.

Trzeba jednak przyznać, że rzeczywistość powoli przebija się w Stanach Zjednoczonych przez złudzenia: w ostatniej dekadzie odsetek osób, które tak uważają, spadł o 15 pkt proc. Drugi wniosek jest taki, że ani sam wzrost PKB, ani niskie podatki wielu ważnych kwestii nie uregulują. A fakty mówią same za siebie: model rozwoju, który wybraliśmy nad Wisłą, rozwiązuje znacznie więcej takich problemów niż za oceanem.


Aleksander Piński

 



TPL_BACKTOTOP