Bywa cenniejsza niż złoto i diamenty, nie można bez niej żyć, jest powodem konfliktów zbrojnych, a coraz częściej staje się przedmiotem zainteresowania inwestorów – woda.

Niebieskie złoto to połączenie złota z żelazem i niklem. Jest to najrzadszy stosowany stop złota. Jednak nie o nim będzie mowa w tym artykule, a o wodzie. Bez wody nie ma życia. Wydawałoby się, że ta ogólnie znana fraza – podkreślająca bezcenność związku chemicznego H2O – jest dowodem na troskę nas wszystkich o wodę. Niestety tak nie jest. Wręcz przeciwnie – wodę traktujemy jak coś mało wartościowego, coś co zawsze było i będzie łatwo dostępne.

Wystarczy spojrzeć na sferę języka, by zobaczyć, w jakim kontekście mówi się o wodzie. Na przykład odpowiadanie nie na temat określa się „laniem wody”, a „wodnisty” kolor charakteryzuje barwę bez wyrazu, bez intensywności. „O słowach bez treści” – tak z kolei brzmi jedna z definicji słowa „woda”, którą znajdziemy w słowniku PWN.

Jednak nawet na naszym kontynencie coraz częściej słyszymy, że istnieją problemy z dostępem do świeżej wody. Według Eurostatu Polska ma jeden z najniższych wskaźników świeżej wody na mieszkańca w UE. Oczywiście jest to wciąż o wiele więcej niż w niektórych regionach świata, gdzie sytuacja jest tragiczna. Według raportu ONZ „Water and Climate Change” 2,2 mld ludzi na świecie nie ma dostępu do wody pitnej, a 55 proc. populacji naszego globu żyje w nieodpowiednich warunkach sanitarnych. Te liczbą mogą przerażać – mowa tu przecież o miliardach!

W ciągu ostatnich stu lat zużycie wody zwiększyło się sześciokrotnie. Za prognozowanym wzrostem liczby ludności, rozwojem gospodarczym oraz zmieniającymi się wzorcami konsumpcji, systematycznie rośnie zapotrzebowanie na „niebieskie złoto”. Warto więc przyjrzeć się wodzie w szerszym kontekście, spróbować zrozumieć obecną sytuację. Zacznijmy więc od klimatu, który niewątpliwe ma znaczenie w zachodzących zmianach.

Woda a klimat                                                                                                           

Ochrona środowiska, katastrofa klimatyczna, ocieplenie klimatu – to frazy, które dziś odmieniane są przez wszystkie przypadki w debacie publicznej. To, co kiedyś zauważane było przez garstkę pro-środowiskowych działaczy i część naukowców, obecnie jest przedmiotem wielu dyskusji wśród coraz większej części społeczeństwa. Eksperci ostrzegają – zmiany klimatu następują szybciej niż kiedykolwiek, a bierność ludzkości może prowadzić do katastrofalnych skutków.

Upraszczając i pisząc krótko: produkujemy coraz więcej gazów cieplarnianych. Więcej gazów to „grubsza izolacja” naszej planety, a więc większa część odbitego o Ziemię promieniowania słonecznego (w postaci promieniowania podczerwonego) wraca z powrotem na Ziemię – skutkiem czego temperatura wzrasta.

Choć woda jest niewyczerpywalna i nie zmienia się od tysiącleci (tę samą wodę, którą pijemy, spożywały pterodaktyle), to klimat wpływa na cykl hydrologiczny. Przez ocieplenie klimatu topnieją lodowce, lądolody oraz wieczna zmarzlina. Jak podaje Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu, bez ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, do 2100 r. lodowce występujące np. w Europie, Afryce Wschodniej, Andach i Indonezji utracą ponad 80 proc. swojej masy. Brak lodowców to problem dla krajów, których rzeki zasilane są właśnie przez gleczery (normalny proces polega na tym, że zimą gromadzą wodę, którą uwalniają wiosną, zasilając rzeki) – są to np. Indie, Pakistan, Bangladesz, Chiny czy też Wietnam.

Wyższa temperatura powoduje szybsze parowanie wody, co skutkuje tym, że nie dostaje się ona do wód gruntowych, nie zasila rzek i nie nawadnia gleb. Ponadto, gorące powietrze zatrzymuje więcej wody niż zimne. Tak powstają susze. I nie mowa tutaj tylko o Afryce czy Australii. Nie wybiegając gdzieś daleko, przywołać można dane Instytutu Uprawy, Nawożenia i Gleboznawstwa, z których dowiadujemy się, że ostatnim rokiem w Polsce bez suszy rolniczej był rok 1980. Z drugiej strony, paradoksalnie, deszcze są intensywniejsze. To z kolei wraz z redukcją pokrywy śnieżnej oraz ze zmianami użytkowania terenu (np. wycinka lasów) wzmaga nasilanie się zjawisk powodziowych.

Intensywniejsze i częstsze susze, powodzie oraz inne zjawiska ekstremalne (np. huragany, trąby powietrzne) niosą za sobą szereg konsekwencji. Ludzie muszą przenosić się do innych regionów – według Banku Światowego do 2050 r. 143 mln osób może zostać zmuszonych do zmiany miejsca zamieszkania (mowa tu o migracjach wewnątrz krajów w Azji Południowej, Afryce Subsaharyjskiej i Ameryce Łacińskiej). Co więcej, występuje więcej chorób związanych z zanieczyszczeniem wód czy tych przenoszonych przez wektory (przenosicieli pasożytów i patogenów). Ponadto, często kraje zmagają się z nieurodzajem, jest mniej jedzenia, a więc więcej niedożywionych osób. Obok niedożywienia występują odwodnienia. Zniszczenia spowodowane tymi zdarzeniami pociągają za sobą straty ekonomiczne, prowadzące często do pogorszenia zdrowia psychicznego. Dla wielu ludzi niestety ekstremalne zjawiska pogodowe to wyrok śmierci.

Nawiązując do kwestii żywności, trzeba wspomnieć o rolnictwie, które jest jedną z trzech głównych grup konsumujących wodę, obok przemysłu i gospodarstw domowych. Jednak znakomita większość – ok. 70 proc. – zasobów wodnych wykorzystywanych jest przez dziedzinę gospodarki obejmującą uprawę ziemi i roślin oraz hodowlę zwierząt.

Woda a zanieczyszczenia

Pozostając przy rolnictwie w kontekście wody, jednym z głównych zagrożeń dla oceanów jest nadmierna ilość azotów. Spływ nawozów i obornika z gospodarstw rolnych do rzek wraz z nieoczyszczonymi prawidłowo ściekami są głównymi źródłami zanieczyszczeń. Każdego roku do oceanów trafia ok. 10 mln ton antropogenicznego azotu, co prowadzi do eutrofizacji, a w konsekwencji do występowania martwych stref przybrzeżnych. Jak szacuje ONZ straty społeczno-gospodarcze spowodowane niedotlenieniem oceanów to 200-800 mld dolarów rocznie. Z kolei roczna masa wyrzucanego plastiku – kolejnego problemu dla oceanów – to od 4,8 do 12,7 mln ton, co przekłada się na straty w wysokości ok. 13 mld dol.

Zanieczyszczenia wód biorą się również z nasileń wspomnianych zjawisk ekstremalnych. „Powodzie zwiększają ryzyko szybkiego przenoszenia zanieczyszczeń. Natomiast niskie stany wód spowodowane suszami oznaczają wyższą koncentrację zanieczyszczeń” – tłumaczył hydrolog, wiceprezes PAN, prof. Paweł Rowiński.

Woda a konflikty

Powyżej wspomniano o osobach zmuszonych do uciekania przed suszą, tzw. imigrantach klimatycznych. Problemy z wodą prowadzą również do poważniejszych konsekwencji – konfliktów, również zbrojnych. Do opinii publicznej przedarły się chociażby spory o wodę w Syrii – wielu wskazuje na to, że właśnie susza i niedostępność wody pitnej to jedne z przyczyn rewolucji, która tam wybuchła. Niemało z nas słyszało o konflikcie o zasoby Nilu między Egiptem a Etiopią. Z kolei w głośnym ostatnio na całym świecie konflikcie izraelsko-palestyńskim, woda również ma istotne znaczenie. Jak podkreśla chociażby organizacja Amnesty International, „Izrael nadal kontroluje i ogranicza dostęp Palestyńczyków do wody w okupowanych terytorium Palestyny do poziomu, który ani nie zaspokaja ich potrzeb, ani nie stanowi sprawiedliwego podziału wspólnych zasobów wodnych” (tłum. autora).

Jednak historia zna dużo więcej tego typu sytuacji. Na tworzonej przez think tank Pacific Institute liście sporów o wodę znaleźć można aż 927 pozycji. Zanotowane są tam zdarzenia sięgające nawet czasów sprzed naszej ery, np. zniszczenie przez króla Asyrii armeńskiego systemu nawadniania. Jednakże ponad 70 proc. z nich przypada na wiek XXI. Zdaje się więc, że słowa Ismaila Serageldina, byłego wiceprezesa Banku Światowego, były proroczą zapowiedzią nadchodzących czasów. W 1995 r. powiedział on: „jeśli wojny tego wieku toczyły się o ropę, to wojny następnego stulecia będą toczyły się o wodę”.

Woda a biznes

Wymienione powyżej zjawiska to tylko przykłady negatywnych konsekwencji pośrednich i bezpośrednich działań człowieka w kontekście wody. Nie dziwi więc fakt, że coraz więcej państw oraz w coraz większym zakresie próbuje wyhamować zachodzące procesy (np. sekwestracja CO2, wykorzystywanie OZE). Oprócz tego stawia się na efektywniejszą gospodarkę wodną (np. wykorzystanie technologii do monitorowania upraw).

W kontekście tego drugiego wielu wskazuje, że cena wody, szczególnie w krajach rozwiniętych, jest zbyt niska, przez co często nie docenia się jej prawdziwej wartości. Dochodzimy więc do pytania o relację między ceną a wartością. We współczesnej ekonomii najczęściej cenę określa się jako wartość danego dobra wyrażoną w jednostkach pieniężnych. Jednak w niektórych przypadkach jest to dalekie od prawdy, w szczególności dla wody, gdzie często nie ma wyraźnego związku między tymi terminami.

Dla lepszego zobrazowania sytuacji możemy posłużyć się definicjami wieloletniego badacza tematyki wody, zmarłego niedawno profesora Harvardu – P. Rogersa (nazywanego przez niektórych „The Water Guy” – po polsku: facet od wody), który rozpatrywał koszt tejże substancji w 3 aspektach. Całkowity koszt dostawy (ang. full supply cost) obejmujący koszty dostarczenia, eksploatacyjne, konserwacyjne i kapitałowe. Pełny koszt ekonomiczny (ang. full economic cost) to z kolei koszt dostawy powiększony o koszt alternatywny razem z ekonomicznym wpływem narzuconym przez innych użytkowników oraz z ekonomicznymi efektami zewnętrznymi. Wreszcie, całkowity koszt (ang. full cost) to wszystkie koszty ekonomiczne wraz z efektami środowiskowymi (np. wpływ na zdrowie publiczne czy ekosystem).

Z kolei ONZ w raporcie „Valuing Water” (2020) opisuje wartość wody w pięciu kontekstach: źródła wody (środowiska), infrastruktury wodnej, usług wodnych, wody jako wkładu do produkcji i działalności społeczno-gospodarczej oraz w społeczno-kulturowym. Przeczytać możemy, że obciążanie użytkowników pełnymi kosztami za usługi wodne jest wyjątkiem.

Jesteśmy przyzwyczajeni do wolumetrycznej metody określenia wartości wody – cena za metr sześcienny pomnożona przez objętość wody wraz z kosztami oczyszczania ścieków i ich odprowadzania. Ponadto, dzięki dofinansowaniom ze środków publicznych, w większości krajów odzyskuje się tylko koszty operacyjne lub ich część. Taki stan rzeczy zaburza naszą percepcję wartości wody w szerszym znaczeniu, a co za tym idzie prowadzi często do rozrzutności. Dlatego pojawiają się głosy o konieczności wyższej wyceny tego zasobu.

Citigroup – jeden z największych dostawców usług finansowych – w raporcie o wymownym podtytule „koniec darmowej i taniej wody”, postuluje efektywne ustalanie jej cen, oraz, jak czytamy w publikacji, „stworzenie zbywalnych pozwoleń w celu zachęcenia do efektywnej alokacji wody” (tłum. autora). Ni mniej, ni więcej, chodzi o urynkowienie tego obszaru.

Jednym z przykładów częściowego podporządkowania obiegu wody prawom rynkowym jest Australia, dla której rynki wody są odpowiedzią na jej niedobór. W przygotowanych przepisach pod nazwą „Water Act” kraj ten zniósł bariery w handlu wodą oraz uregulował jego zasady. Ustawa ta, jak czytamy na stronie australijskiego rządu, „zapewnia ramy prawne gwarantujące, że największe zasoby wodne Australii — Dorzecze Murray-Darling — są zarządzane w interesie narodowym” (tłum. autora). Wartość tego rynku w najmniejszym kontynencie świata to od 1 do 3 mld dolarów rocznie.

Przenieśmy się na chwilę na półkulę północną, do stanu Kalifornia, który to jest odpowiedziany za 9 proc. poboru wody w Stanach Zjednoczonych, głównie do nawadniania pól. Region ten od lat zmaga się z rekordowymi upałami, pożarami lasów, suszami i niedoborami wody. W 2014 r., w celu lepszego zarządzania zasobami wody, politycy stworzyli trzyustawowy pakiet SGMA (Sustainable Groundwater Management Act). Na jego podstawie działają lokalne agencje, które racjonują wydobycie bezcennej substancji.

Jednak podejmowane kroki na rzecz efektywniejszego zarządzania i handlu wodą w Kalifornii idą znaczenie dalej. W 2018 na nowojorskim parkiecie powstał pierwszy na świecie indeks wodny, mierzący średnią cenę wody ważoną wolumenem – Nasdaq Veles California Water Index (NQH20). Natomiast w grudniu ubiegłego roku na giełdzie Chicago Mercantile Exchange rozpoczęto handel kontraktami terminowymi powiązanymi z wyżej wspomnianym indeksem. Woda dołączyła do złota, ropy naftowej i innych towarów, którymi handluje się na Wall Street – donosiły gazety na całym świecie.

Jednak nie wszyscy są zadowoleni z zachodzących zmian. Przeciwnicy powstających rozwiązań wskazują, że finansyzacja wody, nomen omen, pogłębi – duże i wciąż rosnące i bez tego – nierówności społeczne, a nawet zagrozi życiu ludzi na obszarach szczególnie wrażliwych na jej niedobór. Jedną z twarzy ruchu oporu jest Maude Barlow, laureatka nagrody Right Livelihood Award (tzw. alternatywna Nagroda Nobla) za walkę o prawo do wolnego dostępu do wody. Aktywistka ta była jedną z twarzy kampanii, która doprowadziła do uznania przez ONZ w 2010 r. dostępu do czystej wody pitnej jako podstawowego prawa człowieka.

Mimo coraz większej aprobaty dla urynkowienia wody (np. organizacje ekologiczne często uznają to za efektywny sposób ograniczenia jej zużycia), Barlov i inni nie rezygnują z walki o życiodajną ciecz. Postulują oni remunicypalizację (odwrócenie procesów prywatyzacji lokalnych usług publicznych) wody, bo jak mówią – prywatyzacja działa na korzyść niewielkiej grupy ludzi.

Jednak – zważywszy na postępujące zmiany klimatu oraz na wzrastające zapotrzebowanie ludzkości na wodę – wydaje się, że zmiany są nieuniknione. Jak przekonuje główny ekonomista Citigroup Willem Buiter, w filmie dokumentalnym „Main basse sur l’eau” – jesteśmy dopiero na początku finansowej rewolucji wodnej.

 

Jarosław Kamiński

 

 



TPL_BACKTOTOP