Po blisko trzech latach zmagań, przetargów, dociekań i spekulacji okazało się, że – jednak żelazna – zasada „zbyt wielki by upaść” (too big to fail) nie obowiązuje w dzisiejszych Chinach. Sąd w Hongkongu ogłosił bowiem upadłość giganta deweloperskiego Evergrande (po chińsku: Hengda), który zostawił po sobie niebagatelne zadłużenie, rzędu 326 mld dol., a to rodzi naturalnie kolejne spekulacje: co dalej?

Od lat, jeśli nie dziesięcioleci tajemnicą poliszynela było to, iż niezwykle rozbudowany system deweloperski w ChRL, którego wartość szacowano na 1/3 PKB całego kraju, wyrwał się spod kontroli. Budowano zbyt dużo i na zapas, bo wiele nowych apartamentowców, a nawet osiedli natychmiast zamieniało się w te „z brodą”, jak je nazywano, gdyż albo nigdy, albo w małym stopniu je zasiedlono, a po nowych, pustych obiektach hulał wiatr.

Miasta-widma

Na fali wielkiego boomu inwestycyjnego w ramach przeznaczonych przez rząd centralny 4 bln juanów (ok. 610 mld dol.), który był odpowiedzią na wielki kryzys finansowo-gospodarczy z 2008 r. powstawały miasta-widma, jak słynny, nawet ciekawy architektonicznie Ordos (Kangbashi), miasto o statusie prefektury miejskiej w Chinach, w regionie autonomicznym Mongolia Wewnętrzna. Dysponowało  całą infrastrukturą, ale i tak nikt tam – przynajmniej na stałe – nie mieszkał. Każdy, kto kiedykolwiek odwiedził Chiny, zna ten stan rzeczy z autopsji.

Mechanizm był na ogół znany i nigdy do końca przejrzysty. Rosnące jak na drożdżach firmy deweloperskie, dające możliwość zdobywania wielkich pieniędzy i tym samym wpływów, w niejasnych okolicznościach, w porozumieniu z władzami lokalnymi, którym też dawały zarobić, wywłaszczały (precyzyjniej: wysiedlały) ludzi z domostw na terenach wskazanych pod nowe inwestycje. Ten proceder, choć znany jako korupcyjny, przez długie lata, jeśli nie dekady, kwitł w najlepsze. Trafiał bowiem w oczekiwanie i polityczną potrzebę władz centralnych: wzrost i zysk nade wszystko. Wielkie inwestycje infrastrukturalne, włączając w to deweloperkę, były jednym z filarów.

Te inwestycje, co oczywiste, niosły też ze sobą inne zjawisko: rozwarstwienie dochodowe. Jak wskazuje tzw. współczynnik Gini’ego jest w komunistycznych z nazwy Chinach większy niż w Stanach Zjednoczonych Ameryki, będących kolebką wolnorynkowego kapitalizmu. Władze lokalne i indywidualni deweloperzy szybko się bogacili, rosły fortuny, a zwykły obywatel, nie mówiąc o młodzieży, miał coraz trudniejszy dostęp do nowego mieszkania. Albowiem – owszem – podaż była ogromna, ale ceny też wręcz w sposób niekontrolowany szybowały w górę. Już od połowy ubiegłej dekady, przed pandemią, koszty metra kwadratowego powierzchni mieszkania w centrum Pekinu, Szanghaju i w wielu innych wielkich miastach, często przekraczały nie tylko ceny w Warszawie, ale nawet w Nowym Jorku. Wynajmowanie większego apartamentu to koszty rzędu 2,5 tys. dol. miesięcznie – i więcej.

Dobrotliwy Robin Hood

Już od dawna było jasne, że ten stan na długą metę jest nie do utrzymania. Szczególnie w kontekście jeszcze innego, nowego fenomenu, znacznie wyraziściej zaznaczonego po pandemii: rosnącego i bijącego rekordy bezrobocia wśród młodzieży.

W tej sytuacji władze, a konkretnie Xi Jinping, „przewodniczący od wszystkiego”, jedynowładca, panujący od XX zjazdu Komunistycznej Partii Chin (KPCh), postanowił wreszcie coś z tym fantem zrobić. Tym bardziej, że w jego planach i zamysłach od dawna rysowały się centralistyczne i antyrynkowe tendencje. Feruje on bardziej w duchu marksowsko-maoistowskie dążenia do egalitaryzmu, równoważenia dochodów i płac, przy wyraźnej niechęci do sił czysto rynkowych, wraz z ich wynaturzeniami. Tym samym przywódca ten chciał się zamienić w dobrotliwego Robin Hooda, pomagającego biednym, uderzającego w bogatych.

W ten sposób zahamowano kurs, który był stale wzmacniany w epoce reform Deng Xiaopinga, a jeszcze bardziej po włączeniu Chin do globalizacji (czyli po 1992 r.), a potem po wejściu do WTO (grudzień 2001): wzrost nade wszystko, bez względu na cenę. Teraz już liczy się nie pieniądz, rynek, zysk i dywidenda, lecz ponownie egalitaryzm. Wynaturzenia jednak trzeba tępić. Najlepiej dowodziła tego, prowadzona do dziś, bezprecedensowa kampania zwalczania korupcji, w ramach której radzono sobie jednak bardziej ze skutkami, niż przyczynami. Do więzień wsadza się łapówkarzy i złodziei, ale przyczyn tych zjawisk się nie likwiduje, bo kto ma kontakty, sławetne guanxi wewnątrz Partii, ten nadal dobrze prosperuje.

Zauważalna zmiana nastąpiła w lecie 2021 r., kiedy to Xi Jinping z bramy Tiananmen ogłosił uroczyście osiągnięcie wyznaczonego w listopadzie 2013 r. tzw. pierwszego celu na stulecie (KPCh), czyli zbudowanie „społeczeństwa umiarkowanego dobrobytu” (xiaokang shehui). Mimo pandemii COVID-19, z którą w początkowej fazie Chiny, metodą ostrych lockdownów, dobrze sobie poradziły i szybko ponownie wkroczyły na ścieżkę wysokiego wzrostu, optymizm władz nie osłabł, a Xi Jinping osobiście wydał nową dyspozycję mówiącą, że Chiny do 2035 r. mają być już „społeczeństwem dobrobytu” (gongtong fuyu), a więc zbliżyć się z dochodami do – powiedzmy – Tajwanu czy Korei Południowej.

To wtedy, na tej fali, postanowiono „ożywić” to, co zbudowano, w tym m.in. Ordos, gdzie m.in. budowano nowe szkoły i wysyłano tam najlepszych nauczycieli, nawet ze stolicy. Równocześnie zaczęto jednak narzucać swoją polityczną wolę wielkim firmom technologicznym, a deweloperom dodawać nowe obciążenia, mające na celu wyrównywanie dochodów i wzmocnienie warstw słabszych lub upośledzonych.

Wtedy szybko okazało się, że niektóre z tych molochów, jak np. Evergrande, są niczym innym, jak kolosami na glinianych nogach. W czerwcu 2021 r. ogłoszono, że grozi tej firmie upadłość, a w sierpniu okazało się, że jej zobowiązania i długi przekraczają 300 mld dolarów. Sprawa natychmiast stała się głośna, bo firma ta założona w 1996 r. przez biznesmena Xiu Jiayina (Hui Ka Yana) uchodziła nie tylko za największy lub jeden z największych konglomeratów deweloperskich w Chinach, ale zasłynęła z bycia sponsorem wielkich imprez artystycznych i sportowych, a nawet jako właściciel klubów piłkarskich. Jej szef natomiast, nie stroniący od medialnego szumu, uwielbiający blichtr i przepych, był nawet ogłaszany „najbogatszym człowiekiem w Azji”, a na pewno w Chinach.

Górą wola polityczna

Przez dłuższy czas wydawało się, że Evergrande jest zbyt duży, by upaść. Owszem, jego akcje giełdowe szybko poszybowały w dół, a cały świat wdał się w spekulacje, co to w istocie oznacza dla gospodarki Chin.  Władze centralne jednak subsydiowały firmę po cichu, bo chodziło przecież o giganta mającego rozpoczętych ponad 1300 inwestycji, głównie osiedli mieszkaniowych, w aż 280 miastach. Szybki upadek groził nawet rozruchami społecznymi sfrustrowanych potencjalnych nabywców, którzy dali na mieszkania swój wkład, nierzadko cały dorobek życia, a nawet całej rodziny.

Czemu teraz, po trzech latach przeciągania liny, ogłoszono jednak upadłość? Wyjaśnień jest całkiem sporo. Po pierwsze, ambitne plany Xi Jinpinga związane z budową „społeczeństwa dobrobytu” bardzo szybko, bo już w 2022 r. zderzyły się ze ścianą. Okazało się bowiem, że dwie chińskie szczepionki na COVID-19 nie działają na jego nową odmianę i trzeba było na długie miesiące zamykać większość miast Państwa Środka, począwszy od głośnych lockdownów w Szanghaju czy Chengdu. Te zamknięcia i miast, i ludzi przyniosły natomiast potężne koszty gospodarcze (i społeczne), z którymi władze borykają się do dziś – szybki dotychczas wzrost wyraźnie spowalnia.

Koszty lockdownów sprawiły, że jak na dłoni się ukazało, jak wielka bańka została utworzona w tamtejszym systemie deweloperskim w okresie wysokiego wzrostu i prosperity. Przypadek Eevergrande nie jest wcale odosobniony, bo jest ich więcej, a drugi, o którym mówi się ostatnio najczęściej, to firma Country Garden, która oprócz ChRL, buduje też wielkie osiedla mieszkaniowe w Malezji, zwane Forest City (Senlin Chengshi). Ta inwestycja ma być z założenia nie tylko osiedlem mieszkaniowym położnym nad brzegami zatoki Johor, ale też centrum finansowym, a przede wszystkim modelowym zielonym miastem, opartym na alternatywnych źródłach energii oraz smart city, a więc funkcjonującym w oparciu o sztuczną inteligencję i najnowsze technologie. Koszt tego ambitnego przedsięwzięcia szacuje się aż na 100 mld dol.

Tymczasem na fali ostatnich zawirowań na rynku deweloperskim wokół Country Garden, o kapitalizacji nieco mniejszej od Evergrande, szacowanej na sumę ponad 200 mld dol., jesienią 2023 r. też zrobiło się głośno, gdyż zawisła nad nim groźba niewypłacalności. Ostatecznie w grudniu 2023 r. na giełdzie w Shenzhen zapadła decyzja, że jej akcje będą tam utrzymywane jeszcze przez rok, a co będzie dalej, nie wiadomo. Czy i po tym przeciąganiu liny czeka ją taki sam los jak Evergrande, tzn. upadłość? Zdaje się, że wielka inwestycja malezyjska jednak sprawi, że tym razem ostro wejdzie do akcji chińskie państwo, ratując nie tylko interesy, ale też własną twarz i wizerunek wiarygodnego inwestora. Niektórzy zresztą sądzą, że taki może być również los Evergrande.  Wyrok sądu zapadł w ciągle jednak specyficznym Hongkongu, to władze nie dopuszczą, by konsekwencje upadłości przeniosły się na klientów firmy na terenie Chin kontynentalnych. Pytanie tylko, kto i jak przejmie i będzie zarządzał tą masą upadłościową? Na razie nikt nie wie, bo nie było precedensu na taką skalę.

Strukturalne bariery

Jasno widać, że na wielkim chińskim rynku deweloperskim, przez niemal trzy dekady jednym z kół zamachowych całej chińskiej gospodarki, pękła bańka i trwa duże zawirowanie. To wynik przede wszystkim decyzji politycznej Xi Jinpinga, by ten mocno rozregulowany sektor uporządkować, ale tym razem zgodnie z wolą polityczną, a nie siłami rynku, którym Xi – co już wielokrotnie pokazał – nie ufa, a ich wynaturzenia bezkompromisowo tępi.

W efekcie Ordos, który się na chwilę ożywił w 2021 r., teraz znowu zdaje się popadać w marazm. Szef Evergrande Xu Jiayin zniknął. Na Zachodzie trwają spekulacje, że został aresztowany, albo znajduje się pod nadzorem policji. Wiadomo tylko tyle, iż do końca pandemii przebywał wraz z żoną i dziećmi w Kantonie, swej kolebce, obok Shenzhenu, a nie w zakupionym kiedyś za ponad 230 mln dol. apartamencie w Londynie.

To zawirowanie jest również efektem dużych kosztów poprzednich twardych lockdownów podczas pandemii. Tym bardziej, że spodziewane odbicie gospodarcze okazało się dość mocno rozczarowujące. Konsekwencje pandemii pokazały sporo słabych stron i potężnych wyzwań, przed jakimi stanęły teraz Chiny, dotąd tak wspaniale kwitnące i szybko się rozwijające, a mianowicie  starzejące się i malejące społeczeństwo, bezrobocie wśród młodzieży, wynaturzenia w przemyśle developerskim itd.

Część z tych wyzwań ma charakter strukturalny, czyli długotrwały i wymagający silnej woli oraz konsekwencji ze strony władz –  Xi Jinpinga, bo taka teraz tam natura systemu, co wielu – i słusznie – uważa zresztą za największą barierę dalszego rozwoju. Ocenia się, że państwowe obligacje na sumę ponad 125 mld, jakie w latach 2020–2023 wydano na ratowanie firm developerskich, raczej nie kończy sprawy. A na Zachodzie, głównie w USA, coraz częściej pojawiają się spekulacje, czy ten kryzys nie rozleje się przypadkiem na całą gospodarkę.

Dlatego z niebywałą wręcz uwagą trzeba będzie śledzić nadchodzącą doroczną sesję OZPL, chińskiego parlamentu. Czy Xi Jinping ulegnie i zmieni dotychczasowy kurs, czy też nadal utrzyma dotychczasowe zasady? Oczywistą sprawą jest to, że kraj napotkał na strukturalne bariery, które wymagają nieortodoksyjnego podejścia i śmiałości. Czy znajdzie się takie rozwiązanie? Czas pokaże.


Bogdan Góralczyk



TPL_BACKTOTOP