Nowa waluta BRICS to temat, który budzi duże emocje i stanowi przedmiot licznych analiz i dyskusji. Z powodu sporego zainteresowania temat ten żyje własnym życiem, jednocześnie wpisuje się w równie interesujące i pokrewne zagadnienie, jakim jest dedolaryzacja światowej gospodarki.

Warto się zastanowić, dlaczego dedolaryzacja tak pasjonuje nie tylko ekonomistów, ale także politologów i analityków spraw międzynarodowych. Dolar dominuje jako waluta rezerwowa (niemal 60 proc. światowych rezerw, dane IMF), jest także główną walutą handlową na globalnym rynku walutowym (warto zauważyć, że był przedmiotem około 90 proc. globalnych transakcji walutowych). Ta dominacja trwa od dekad. Jej fundamenty położył system z Bretton Woods, ustanowiony pod koniec II wojny światowej. To wówczas uzgodniono, że jedyną walutą świata wymienialną na złoto będzie dolar amerykański. Choć w 1971 r. system ten upadł, Amerykanie zawarli porozumienia z Arabią Saudyjską, gwarantujące sprzedaż ropy za dolary (tzw. petrodolary). Zapewniło to trwały popyt na amerykańską walutę. Z kolei państwa arabskie, otrzymując zapłatę w dolarach, inwestowały je w amerykańskie aktywa finansowe, w tym obligacje skarbowe, co stabilizowało ich oprocentowanie i finansowało dług USA.

Uczynienie z dolara globalnej waluty, obsługującej większość transakcji w najróżniejszych częściach świata, było więc bardzo korzystne dla amerykańskiej gospodarki. Amerykanie mogli z łatwością finansować swoje deficyty na rachunku obrotów bieżących bez obaw o niewypłacalność. Podobnie ich dług bez problemów znajdował nabywców. Dolar stał się synonimem pewności i bezpieczeństwa. W sytuacji zawirowań w gospodarce światowej traktowany był jako tzw. safe haven, czyli bezpieczna przystań, a nadwyżki finansowe lokowano w aktywach dolarowych w sytuacjach politycznych czy ekonomicznych turbulencji. Co więcej, dolar jest oficjalną walutą w kilku państwach świata poza USA – np. w Ekwadorze czy Panamie. Jeszcze niedawno poważnie mówiło się o tym, że Argentyna zrezygnuje z peso i zastąpi je dolarem. Argentyńska gospodarka od lat zmaga się z wysoką inflacją, a obecny prezydent Javier Milei, również uważał, że sposobem na przezwyciężenie szybkiego wzrostu cen jest właśnie przyjęcie amerykańskiej waluty. Chociaż ostatecznie do tego nie doszło, sam fakt, że pomysł ten był poważnie traktowany, świadczy o dużym zaufaniu do dolara. Zresztą nie trzeba wcale rezygnować z własnej waluty – dolaryzacja zachodzi często oddolnie. Niejednokrotnie ludzie nie chcą posługiwać się narodowym pieniądzem, ponieważ jego wartość systematycznie spada i przestaje być wiarygodnym środkiem płatniczym. Wiele gospodarek faktycznie przechodzi proces dolaryzacji w ten sposób.

Alternatywy nie ma?

Dolar zdominował światową gospodarkę, wzmacniając pozycję Stanów Zjednoczonych jako globalnego supermocarstwa. Od jakiegoś czasu sytuacja zaczęła się jednak zmieniać. W 2000 r. dolar stanowił około 70 proc. światowych aktywów rezerwowych, natomiast w 2024 r. było to już 58 proc., czyli o 12 pkt proc mniej. Różnica nie wydaje się dramatycznie duża, szczególnie że mówimy o okresie niemal ćwierć wieku. W tak długim czasie mogło dojść do znacznie większych zmian. Niemniej jednak, zakończenie dominacji danej waluty nie odbywa się z dnia na dzień. Warto również odróżnić prasowe nagłówki od realnych mechanizmów gospodarczych o charakterze strukturalnym. Te pierwsze mogą epatować krzykliwym przekazem o „końcu dolara”, te drugie następują przeważnie bardzo powoli – mówimy tutaj o okresie mogącym trwać nawet 70 lat. Nie można przy tym wykluczyć jakiegoś gwałtownego wstrząsu, który zmieni sytuację znacznie szybciej, jednak opierając się na dotychczasowych doświadczeniach, należy mówić o dekadach, a nie o tygodniach czy miesiącach.

Inną kwestią jest to, czy stopniowy spadek udziału dolara w aktywach rezerwowych jest równoznaczny z pojawieniem się pretendenta do przejęcia silnej pozycji waluty amerykańskiej. Można wyobrazić sobie sytuację, w której tak dużej dominacji, jaką miał dolar, nie uzyska żadna inna waluta świata, a struktura aktywów rezerwowych będzie po prostu bardziej zdywersyfikowana niż dotychczas. Taka teza wydaje się o tyle przekonująca, że nie widać realnego kandydata na następcę dolara – przynajmniej nie jest nim żadna waluta. Można się zastanawiać, czy roli tej nie odegra złoto. Szlachetny kruszec może stać się składnikiem aktywów rezerwowych o dużym i stale rosnącym znaczeniu, nie będzie jednak pełnił funkcji rozliczeniowej, chyba że ktoś zakłada powrót do standardu złota jako pieniądza.

W tym kontekście pojawia się pieniądz BRICS. BRICS to zgrupowanie ekonomiczno-polityczne powstałe w 2009 r., zrzeszające obecnie 11 państw z różnych części świata. Należą do niego: Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, Republika Południowej Afryki oraz: Arabia Saudyjska, Egipt, Etiopia, Indonezja, Iran i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Do grupy dołączyło również kilka państw o statusie stowarzyszonym (formuła BRICS+). Z danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego wynika, że państwa BRICS przekroczyły 40 proc. udziału w światowym PKB (z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej).

Pod koniec 2025 r. pojawiła się informacja, którą niektórzy zinterpretowali jako wielki przełom w sprawie. Sugerowano mianowicie, że BRICS wyemitowało własną walutę, mającą zdetronizować dolara – przynajmniej tak wynikało z części nagłówków. W praktyce poinformowano jedynie o rozpoczęciu testów wewnętrznej jednostki rozliczeniowej zgrupowania, która nie jest walutą w typowym znaczeniu. Jest to cyfrowa jednostka rozliczeniowa oparta na technologii blockchain, której wycena odbywa się na podstawie struktury aktywów składających się w 40 proc. ze złota, a w 60 proc. z koszyka walut państw BRICS. Na tym etapie mówimy zatem o wstępnej fazie projektu technologicznego, w ramach którego rozliczenia odbywają się bez pośredników (formuła peer-to-peer). Nie jest to jednak pieniądz, który znajdziemy w portfelach mieszkańców państw BRICS, ani waluta o statusie równoważnym np. chińskiemu juanowi. W tym istotniejszy jest raczej sam fakt uruchomienia projektu oraz zastosowane narzędzia technologiczne.

Euro 2.0

Wydaje się, że wielu obserwatorów światowych finansów, pisząc lub mówiąc o detronizacji dolara, ma na myśli rozwiązanie podobne do euro – jeden pieniądz jako powszechnie obowiązujący środek płatniczy we wszystkich państwach należących do bloku BRICS. Żeby jednak takie rozwiązanie było możliwe i miało ekonomiczny sens, konieczne byłoby spełnienie kilku istotnych warunków.

Po pierwsze, musiałaby się pojawić wola polityczna. Innymi słowy, niezbędna jest zgodna decyzja wszystkich państw członkowskich BRICS o rezygnacji z walut narodowych i zastąpieniu ich walutą ponadnarodową. Na to jednak nie ma co liczyć, mając na uwadze skład organizacji. Trudno np. w kontekście sytuacji na Bliskim Wschodzie, wyobrazić sobie jeden pieniądz dla Arabii Saudyjskiej, Iranu i ZEA. Podobnie jak niełatwo wyobrazić sobie rezygnację Chin z juana na rzecz wspólnej waluty BRICS.

Po drugie, gdyby nawet taka zgoda była, pozostaje problem ekonomiczny. Teoria optymalnych obszarów walutowych wymaga, aby gospodarki tworzące taki obszar były do siebie ekonomicznie podobne. Chodzi tu przede wszystkim o synchronizację cykli koniunkturalnych, a także o zdywersyfikowaną strukturę produkcji, elastyczność rynków pracy i mobilność pracowników. To wymagania, które tak różnym gospodarkom, jak te wchodzące w skład państw BRICS, będzie niezwykle trudno spełnić (zob. Asteriou i in., 2026). Nie sposób np. porównać struktury produkcji i wynikającej z niej dywersyfikacji eksportu Chin i Arabii Saudyjskiej. Różnice występują także w bardzo ważnym dla powołania wspólnej waluty aspekcie, jakim jest synchronizacja cykli koniunkturalnych. Oczywiście bez tego również można wprowadzić wspólną walutę, jednak w praktyce taka decyzja prawdopodobnie doprowadziłaby do zapaści gospodarczej, wykluczając tym samym możliwość zastąpienia dolara jako głównej waluty rezerwowej świata.

Już te dwa warunki – polityczna zgodność i ekonomiczna konwergencja – pokazują, jak karkołomnym przedsięwzięciem byłoby powołanie jednej waluty dla tak zróżnicowanego geograficznie, politycznie i gospodarczo obszaru, jakim jest BRICS.

Daleka droga

Droga do tego wydaje się bardzo daleka, ale nie to musi być głównym celem państw tworzących tę organizację. Wzmacnianie wymiany handlowej, harmonizacja przepisów czy – kluczowa w kontekście tematu – budowa wewnętrznej infrastruktury rozliczeniowej, wydają się znacznie bardziej realne niż emisja nowej waluty, konkurencyjnej wobec dolara. Nie zmienia to faktu, że temat był, jest i prawdopodobnie pozostanie niezwykle interesujący dla ekonomistów, analityków i dziennikarzy. Wciąż nie brakuje zwolenników pieniądza mającego oparcie w surowcach posiadających wartość samą w sobie, takich ja złoto, srebro czy cały koszyk metali szlachetnych. Koncepcja waluty BRICS wpisuje się w ten nurt, nawet jeśli realnie nie ma obecnie większych szans na realizację. Przynajmniej nie w takim rozumieniu, w jakim funkcjonuje euro.

Czy zatem dolar może spać spokojnie? Teoretycznie tak, choć tylko przez pewien czas. Niemniej dynamika zdarzeń gospodarczych oraz czynników kształtujących światową strukturę aktywów rezerwowych nie pozwala jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Niektórzy wierzą, że przyczyną szybkiego kresu dominacji dolara będzie amerykańskie zadłużenie, inni wskazują na koniec ery petrodolara, a jeszcze inni – na nagłe wydarzenia o charakterze geopolitycznym.

Jak będzie – zobaczymy, ale o nowej walucie BRICS z pewnością usłyszymy jeszcze nie raz.

 

Kamil Goral

Autor wyraża własne opinie, a nie oficjalne stanowisko instytucji, w której jest zatrudniony, oraz ponosi odpowiedzialność za rzetelność faktograficzną tekstu.



TPL_BACKTOTOP